Od drzwi wejściowych dobiegało ciche, acz wyraźne ni to stukanie, ni skrobanie. Podszedł do wizjera, ale nikogo nie było. Wyszedł na zewnątrz, wciągnął rześkie powietrze i w tym momencie zobaczył na stopniu schodów niebieską kopertę z wypisanym odręcznie swoim imieniem. Podniósł ją i jeszcze raz zerknął, ale wokół żywego ducha. Wrócił do salonu, usiadł na fotelu i otworzył list. Pismo odręczne. Nie znał tego charakteru pisma, ale kształt i wyrazistość liter zdradzały żeńskiego autora.
Najkochańszy i Najdroższy Mój Panie C.
Wiem, że jesteś zaskoczony listem, a jeszcze bardziej jego treścią. Niestety, w miejscu, w którym teraz przebywam, jest to jedyna dostępna forma komunikacji i łączności z Tobą. Dotąd mogłam robić to bezpośrednio i bez słów. Zawsze wiedziałeś czego chcę, co nie znaczy, że zawsze spełniałeś moje oczekiwania. Nie mam Ci tego za złe.
Wczoraj, gdy zawiozłeś mnie do kliniki czułam strach i ból. Widziałeś, że miałam problemy z chodzeniem. Pomagałeś mi. Twoja obecność uspokajała mnie, jak zresztą zawsze, gdy byłeś przy mnie. Mówiłeś do mnie takim spokojnym i niskim głosem, dotykałeś mnie i czule gładziłeś po głowie. Nie bałam się, choć bardzo mnie bolało, gdy badał mnie doktor W. Znał mnie dobrze i wiedział, co mi jest. W końcu cztery operacje w ciągu trzech lat zbliżają lekarza i pacjenta.
Widziałam, jak spojrzał na Ciebie i zapytał, "czy wiesz?". Kiwnąłeś głową, ale nie byłeś w stanie wydobyć głosu. Doktor W. poprosił, byś przeniósł mnie do drugiego gabinetu. Dołączyła do nas jego asystentka. Ta sama, która w styczniu zmieniała mi opatrunki po ostatniej operacji. Miła dziewczyna.
Doktor W. poprosił, byś wyszedł do poczekalni. W tym momencie mocno mnie przytuliłeś i pocałowałeś. Usłyszałam, jak szlochasz i poczułam Twoje łzy. Nigdy nie widziałam Cię płaczącego. Wyszedłeś chwiejnym krokiem. Asystentka trzymała mnie, a doktor dał zastrzyk. Powiedział, że po nim się uspokoję i zasnę. Poczułam lekkie ukłucie.
Po chwili było już po wszystkim, choć cały czas czułam dłonie asystentki. Powieki stawały się coraz cięższe, nie mogłam ich utrzymać i zamknęłam. Przestał mnie boleć kręgosłup. Zaczęłam śnić, ale później zobaczyłam tylko ciemność. Było bardzo błogo i spokojnie. W pewnym momencie rozbłysk światła uderzył mnie w oczy. Światło było tak silne, jakby wydostawało się z przeciwlotniczych reflektorów. Nigdy takich nie widziałam, ale to porównanie wydaje mi się właściwe.
Najdziwniejsze było, że w tym momencie stałam obok stołu, na którym mnie położyłeś. Widziałam i doktora i asystentkę i... siebie. Zawinęli mnie - tę, która leżała na stole - w folię i wynieśli do innego pomieszczenia. Nie wiedziałam, co z sobą począć. Wyszłam do poczekalni, ale Ciebie tam nie było. Pojawiłeś się dopiero za pół godziny. Na twarzy byłeś szary i blady, a oczy miałeś mokre od łez. Przykro było na Ciebie patrzeć. Wszedłeś do gabinetu i po chwili wyszedłeś z niewielkim kartonem. Przyciskałeś go czule do siebie. Byłam obok Ciebie, choć Ty mnie nie widziałeś. Wskoczyłam za Tobą do samochodu. Po chwili byliśmy już na naszym podwórzu.
Wziąłeś karton i poszedłeś w stronę garażu, obok którego rośnie sosna. Wybrałeś dobre miejsce... Będzie mi tam dobrze i, co najważniejsze, będę miała dobry widok na dom i podwórze, które przez te wszystkie lata strzegłam.
Wiedz, Kochany Panie C, że nadal pozostaję na służbie.
Twoja P.
*Blaise Pascale
![]() |
| Pestka (1999-2016) |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz