Państwo polskie chcąc nie chcąc jest agendą Kościoła Katolickiego. Stało się tak wbrew Ustawie o systemie oświaty z 1992 roku, a w szczególności wbrew napisanemu do niej Rozporządzeniu w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w szkołach publicznych. Przywołane zapisy mówią, że w szkole nauczanie religii, czy etyki organizuje się n a ż y c z e n i e rodziców. Jeśli więc coś ma być życzeniem to powinny wystąpić warunki do wyrażania tego w sposób wolny i nieprzymuszony.
Jakież było moje zaskoczenie, gdy przed kilku laty syn rozpoczął naukę w liceum. Po spotkaniu z wychowawcą poinformował mnie, że m u s z ę napisać pismo, w którym jednoznacznie oświadczę, iż nie wyrażam zgody, by uczęszczał na lekcję religii. Ci, co mnie nieco znają wiedzą, jak reaguję na przymus, a przymus w sprawach światopoglądowych w szczególności. Ze złości zagotowało się we mnie wszystko i pociemniało w oczach. Na szczęście po chwili wzburzenie ustąpiło i zdrowie zachowałem.
Podczas pierwszego zebrania rodziców próbowałem dopytać wychowawczynię o formę i zasadność inkryminowanego oświadczenia. Przekonywała mnie, że jest to wymóg władz oświatowych, które nałożyły taki obowiązek na dyrektora szkoły. Próbowałem spokojnie wyjaśnić, że kwestie religii jako takiej - w tym także nauczanie religii - są sprawą prywatną i nie można wymagać ode mnie składania oświadczeń, poprzez które będę zmuszony ujawnić swe przekonania. Nie chciałem przyjąć za właściwe praktyki, by wszystkich uczniów bez wyjątku wpisać w plan katechezy bez zgody rodziców. W pierwszej chwili gotów byłem zrobić zadymę w stylu siwy dym i czarne chmury, ale po rozmowie z synem odpuściłem. Przekonał mnie, że nie zależy mu na zostaniu bojownikiem o wolność sumienia i wyznania... Nie chciał uczestniczyć w lekcjach religii, a kwestie pryncypialne nie zajmowały go tak, jak teraz.
Mam świadomość, że ulegając namowie szkoły umożliwiłem złamanie zapisu Konstytucji, który mówi ni mniej, ni więcej:
Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania (art. 53 ust. 7).
Dyrektor szkoły - w opisanym powyżej zakresie - reprezentował władzę publiczną.
Źle reprezentował.
Procedura apostazji taka jaka jest rozumiana przez kościół, jest procedurą typowo urzędniczą. Występuje urzędnik czyli ksiądz proboszcz (to istotne, nie może to być inny duchowny z danej parafii) oraz petent (ochotnik do apostazji) oraz 2 świadków.
OdpowiedzUsuńBardzo dużo zależy od proboszcza. Mogą być to stereotypowi duchowni, którzy są bardzo nieprzyjemni lub tak jak było to w moim przypadku miła osoba, która nie robi niepotrzebnych kłopotów i nie dąży do konfliktu.
Więcej informacji znajdziecie na odpowiednich stronach jak np http://apostazja.pl/index-start.html . Pozdrawiam ;)
Dobrze, ze trafił się Tobie człowiek, a nie złośliwy kościelny urzędnik. Ty dokonałeś aktu apostazji, by w sposób formalny zerwać więzi z KK. Był to wyraz Twojej woli. Natomiast opisany przykład pokazuje sytuację, gdy jest się zmuszanym do składania podobnej deklaracji.
OdpowiedzUsuńPrzerabiałam podobną ścieżkę zdrowia ze swoją latoroślą. Moja córka jest typem buntowniczo - poszukującym. Już w gimnazjum zażyczyła sobie wypisania z lekcji religii, co oczywiście uczyniłam, głównie z powodu egoistycznego, to jest, aby nie musieć podpisywać durnych uwag w stylu: "Je kanapkę podczas słuchania słuchowiska o cudach Pana Jezusa". Myślałam, że to kaprys zbuntowanej nastolatki, jednak nie doceniłam dziecka. Dziecko zaangażowało się w ruch "Racjonalista.pl" i działa. Ale to temat - rzeka. Może kiedyś opiszę u się.
OdpowiedzUsuńCharmee,
OdpowiedzUsuńWiele uczymy się od naszych latorośli.
Mamy wiele dobrych uregulowań prawnych - niestety praktyka urzędnicza i biurokracja tak je wykoślawiła, że czasem daleko odbiegają od zamysłu ustawodawcy.
OdpowiedzUsuńTemat dobrze znany. Wprawdzie nic nie musiałam nigdy ani oświadczać , ani podpisywać gdy mój Pierworodny będąc w ogólniaku powiedział" dość" i przestał uczęszczać na lekcje religii.
OdpowiedzUsuńZgrzyt był na końcu szkoły.Powiedziano mu,( a raczej wreszcie uświadomiono ) że religia będzie wliczona w " średnią" . Wściekł się, chciał robić " awanturę na szczeblu europejskim" , że nikt ( szkoła) np nie zagwarantował mu lekcji Etyki zamiast. W końcu machnął ręką na to " chore państwo" ( inaczej nie mówi o Kraju..)
...
Był najlepszym uczniem. Skończył liceum z rewelacyjną średnią. Został okrzyknięty " młodym geniuszem" . Popularność Jego zataczała coraz szersze kręgi.
Na uroczystym apelu na zakończenie ogólniaka odbierałam list gratulacyjny od władz itd.
Był ( byłby ? ) najlepszy, gdyby nie koleżanka z klasy, która " przebiła go" o jakieś trzy - może cztery punkty za sprawą...religii!!! Ona uczęszczała, On nie.
Gdy szedł odebrać świadectwo jako DRUGI, cała aula, dosłownie WSZYSCY wstali nagle i zaczęli bić brawa. Jemu!
To były owacje; stali, stali i bili brawo, skandowali Jego imię.
Poleciały mi łzy. Same z siebie, zupełny brak kontroli!
Byłam bardzo, bardzo wzruszona...
:)
Angie,
OdpowiedzUsuńOpisałaś klasyczny przypadek, gdy "wola ludu" dobitnie pokazała komu należy się palma pierwszeństwa.
WG,
Waldek Pawlak, gdy był premierem za pierwszej koalicji PSL/SLD, podczas sporu z koalicjantem zwrócił uwagę, że władza jest w ręku tego, kto trzyma długopis.
Jak to dobrze, żem ja już poza szkołami... Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńBarnabo,
OdpowiedzUsuńSzczęśliwym i ja... już:-)
Trzeba było nic nie pisać. Sam Pan się ugiął przed bezprawnym żądaniem i może mieć pretensje do siebie.
OdpowiedzUsuńMoje dziecię w czasach licealnych uczęszczało na lekcje religii ale zbyt " energicznie" dyskutowało na kontrowersyjne tematy. Nauczona doświadczeniem życiowym poradziłam dziecięciu, by powściągnęło swoje zapędy do dyskusji w obawie przed uznaniem dziecięcia za heretyka.Któregoś dnia wraca ze szkoły i mówi: "Mamo, ksiądz kazał mi zostać po lekcji religii"
OdpowiedzUsuń"O rety"- pomyślałam- znowu moje dziecię powiedziało o kilka słów za dużo."
" Ksiądz-ciągnęło dziecię dalej-zapytał,czy coś się stało, bo dziecię nagle przestało dyskutować a on w związku z tym nie ma z kim rozmawiać na lekcjach religii i staja się one nudne i martwe bo nikt nie podejmuje dyskusji. Cieszyła go rozmowa nawet na trudne tematy religijne, nie obawiał się jej ani nie przekonywał do swoich racji ,jedynie przedstawiał stanowisko Kościoła w danej kwestii ".
Ta dygresja przypomniała mi się w związku z Twoim wpisem, ponieważ wydaje mi się,że warto dawać dziecku szansę na wypracowanie własnych poglądów na określone tematy, czasami nawet niewygodne, o których warto rozmawiać, a nie uciekać od nich, oczywiście pod warunkiem,ze osoba z którą dyskutujemy jest inteligentna i ma szerokie horyzonty umysłowe...
dr_ewa999
Dr_Ewa,
OdpowiedzUsuńZgadzam się w pełni z Twoją konkluzją.
Mój syn zawsze był zachęcany do dyskusji i wymiany poglądów, ale akurat w kwestii uczęszczania na katechezę nie zamierzałem go w żaden sposób zmuszać, czy nakłaniać. Skutecznie z chęci dyskutowania i poszukiwania prawdy wyleczyła go edukacja w gimnazjum salezjańskim, które wybrał wbrew mojej radzie.
Dziś jest już po formalnym akcie apostazji.