Barek na trunki i stosowne szkło to coś, co znajduje się w każdym... prawie każdym domu. Ma je nauczyciel z nauczycielką, urzędnik, ksiądz i policjant. A Wuguś z Wichrowych to ma nawet piwniczkę, ale to już wyższa szkoła jazdy. Barek ma swoje miejsce także u Pana C. i jego przyjaciół Mariana i Heli. Zasobność tych szczególnych sejfików zależna jest od upodobań i fantazji właścicieli.
Przed kilku laty córka Mariana i Heli przygotowywała się do pierwszej komunii. Obydwoje nie należeli do osób szczególnie religijnych, ale chcieli dziecku dać możliwość wyboru. Plan związany z tą uroczystością był bardzo napięty. Zwłaszcza dla Heleny. W piątek trzeba było pójść z dzieckiem do spowiedzi, a później przygotować, co nieco dla gości, którzy mieli zjechać z daleka dzień przed uroczystością. Ale zacznijmy do początku.
O siedemnastej w piątek Hela ze swoim Heleniątkiem i jej chrzestną karnie stawiły się w kościele i ustawiły w kolejce do spowiedzi. Mariana tam nie było, gdyż od zawsze uważał, że z Panem Bogiem lepiej mieć ograniczone kontakty, a jeśli już będzie to konieczne to być w relacjach osobistych. Poza tym Bóg - tak uważał Marian – ma cały świat na głowie i nie zamierzał zawracać Mu gitary jakimiś osobistymi pierdołami. Jednak Hela chciała w tym wszystkim być ze swoim dzieckiem.
Około osiemnastej było już po stresie i wróciły do domu Heli. Dancia, chrzestna Heleniątka, miała pomóc w przygotowaniu paru sałatek i przekąsek. W tym miejscu wypada gwoli kronikarskiej rzetelności napisać, że Dancia była dla Heli kimś takim, jak Pan C. dla Mariana.
– Wiesz, Dancia – zagaiła Hela, gdy weszły już do domu – ta spowiedź była dla mnie dość traumatyczna.
– Dla mnie też.
– Może się nieco zrelaksujemy?
– Ale jak?
– Zajrzyjmy do barku – powiedziała Hela. – Po kieliszeczku czegoś mocniejszego nie przeszkodzi nam w kuchennych zajęciach.
Jak powiedziały tak zrobiły. W barku stało kilka butelek, ale żadna pełna. Resztki gorzkiej żołądkowej, niedopity ballantine, bols, jakieś martini cytrynowe, puszka piwa i tym podobne wynalazki. Zaczęły od kieliszeczka gorzkiej żołądkowej miętowej. To ulubiony trunek Heli.
Z kulinarnych przygotowań niewiele wyszło. Bliskość barku sprawiła, że tego wieczoru do znajdującej się tuż obok kuchni już nie dotarły. Babskie rozmowy wsparte mieszankami procentów zeszły im do drugiej w nocy. Marian próbował delikatnie przypomnieć, że następnego dnia będą goście, że kuchnia, że trzeba by coś przedsięwziąć, ale nie z Helą takie sugestie i uwagi.
O siódmej rano zadzwonił budzik, który rozorał mózg Heli. Głowa zajmowała połowę poduszki, a oczy miały pole widzenia w zakresie, jaki daje dziurka od klucza. Udało się jej dotrzeć do łazienki, obmyć twarz i ubrać dres. Powoli zeszła po schodach do salonu, gdzie Marian w fotelu już popijał czarną kawę. Nim zdążyła poprosić go o to samo z radia zaczął sączyć się niczym koszmarny wyrzut sumienia... Tupot białych mew.
Oj tak zespół dnia nastepnego to nie bółka z masłem:)))dobrych lat temu tez mieli do mnie przyjechac goscie i to niecodzienni.kolezanka zaproponowała ze upiecze mi jedno ciasto.ciasto było upieczone i owszem ale ja wróciłam z nim nad ranem i to nie sama bo sama nie bardzo mogłam iśc:)))))to co sie ze mna działo dnia natępnego spowodowało ze juz nigdy tego nie powtórzyłam!!Pozycja stojąca nie wchodziła w grę.mogłam wyprostowac sie tylko do połowy.mąz przygotował całe jedzenie bo ja na sam zapach czegokolwiek ladoałam w łazience:)))))Kosmiczny kac spowodowała własnie żołądkowa gorzka.Aż mnie wstrząsnęło na sama myśl:)))))
OdpowiedzUsuńTwój Marian miał okazję wykazać się zdolnościami kulinarnymi. A że okoliczności, których wspomnienie do miłych nie należy, to już inna inszość:-)
Usuńczasem babskie pogaduszki nieco sie przeciągają,wiesz Caddi,tyleeeeeeee tematów do obgadania,a przy dobrych trunkach czasu sie nie liczy...:P
OdpowiedzUsuńtak naprawdę,tylko raz miałam kaca,dawno temu na wczasach,rano jakby mi wielka żaba siedziała na głowie,podano mi po prostu jakieś dziwnie specyficzne drinki,diabelsko smaczne,ale ...:P)))
a gorzka żołądkowa miętowa...jest niezła:)
Widzę, że ta gorzka żołądkowa miętowa to jakiś wynalazek dla kobiet:-)
Usuńhaha,zaraz tam wynalazek,kobiety po prostu wiedzą co dobre...:P
Usuńale wisnióweczka babuni,likierek ...jeszcze lepszy...:P
A zwłaszcza mieszanie tych wynalazków.
Usuńno nie,mieszanie grozi...tupotem mew...:P)))
Usuńalbo żabą na głowie:P
Dududududududu... rosół, kotleciki, to migiem się dzieła....
OdpowiedzUsuńWszystko się w rękach pali, nawet znika poczucie upływającego czasu.
Usuńważne, by być sobą :P
UsuńJa już zapomniałam, co to kac. Musiałabym udać się chyba na jakieś wielkie wesele. Brat zawsze mówi, że jestem bardzo nieekonomiczna w kwestii spożywania trunków wysokoprocentowych, albowiem potrzeba mi ich solidną ilość , by następnego dnia doświadczać efektu
OdpowiedzUsuń" tupotu mew" ;))))
Mnie wiele nie trzeba do odczucia stanu błogiej radości. Jestem tanim gościem:-)
UsuńU mnie w barku też jest pełno różnych niedopitych resztek. Trzeba by z tym kiedyś porządek zrobić, ale nie ma z kim.
OdpowiedzUsuńPodaj adres to podeślę Ci Helę z Dancią. dziewczyny chętnie pomogą:-)
UsuńJa jak Angie, za dużo muszę "zmarnować" żeby porządnie mi zaszumiało. Co prawda dość szybko język mi się pląta, ale głowa i nogi jeszcze sporo znoszą. W każdym razie pisać mogę aż do końca, hehehe. A tak poważniej mówiąc to tylko raz w życiu siedziałem (leżałem?) na tylnym siedzeniu własnego auta odwożony do domu w stanie wskazującym. W związku z tym, że za całe życie tylko raz mi się to przydarzyło to pamiętam, że przychodziły wtedy wycieczki (sąsiedzi, teściowa, znajomi już nie pamiętam kto jeszcze) by mnie zobaczyć zmarnionego. Pamiętam jakby to było dziś; Wiewiórkę zmieniającą mi zimne kompresy, czarną kawę podającą, ech.
OdpowiedzUsuńJak miło powspominać.Też miałem taki epizod w życiu podczas jednych wakacji studenckich. Raz a dobrze. Po tym zdarzeniu przez rok alkoholu nie miałem w ustach. Na słowo wódka robiło mi się niedobrze. Muszę tę traumę opisać w jakimś kolejnym wpisie.
UsuńPrzebudzenia, po takich "delicjach" słyszą nie tylko tupot mew, bo to zbyt delikatne, nawet spadające piórko rani duszę. Ech, za komuny to były czasy. Bimber nie szkodził...absolutnie. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńKiedyś wszystko miało inny smak:-)
UsuńChętnie wracam myślami do przeszłości i zauważyłam, że nawet te trudne czasy, we wspomnieniach żyją innym życiem i myśli są ciepłe. Pozdrawiam serdecznie..
UsuńKaca miałam kilka razy w zyciu, dwa pamietam - jeden skutkował zwolnieniem lekarskim z trzech dni praktyki studenckiej, od czasu drugiego - po koniaku, - do dzis nie piję;)
OdpowiedzUsuńKoniak skutecznie sprawił, że znielubiłaś alkohol. Może to i dobrze, bo kontrolujesz swoją świadomość:-)
UsuńNic dziwnego, po takiej mieszance trudno nie być chorym ;)
OdpowiedzUsuńPamiętam lato 2004, przyjechała wówczas do mnie koleżanka z dalekiej północy, z wizytą. Chciałam pokazać jej miasto, a tak jakoś skończyło się na tym, że zwiedzałyśmy kawiarnie na naszym miejskim deptaku; zamawiałyśmy drinki o dziwnych nazwach, strasznie nas to bawiło, nazw już nie pamiętam, ale były one - zaręczam - osobliwe. Popijałyśmy jeden za drugim, ciekawe smaku. Po kilku takich koktajlach zamówiłyśmy już tylko taksówkę do domu. I to był mój ostatni kac w życiu :)
Byłbym ostrożny w deklaracjach typu nigdy w życiu, bo mam na uwadze powiedzenie nie chwal dnia przed zachodem, a teściowej przed śmiercią.
UsuńPS. Dobra jest kawa z prądem. Znakomicie rozgrzewa i działa prawie, jak pavulon:-)
W tym przypadku sprawa ma się trochę inaczej niż z teściową i zachodem słońca ;)
Usuń"nigdy w życiu"? ja znam hasło..."w życiu " ?! czy to jest to samo?
UsuńOkoliczności decydują o użyciu jednej lub drugiej frazy. Można na jednym wdechu.
UsuńHeh, ja to zawsze miałem szczęście do fajnych teściowych, uczciwie mogę je za życia pochwalić
OdpowiedzUsuńJesteś kolekcjonerem teściowych?
UsuńW pewnym sensie ;)))
UsuńJedni wolą córki, drudzy teściowe:-)
UsuńKobita nie kaktus...
OdpowiedzUsuńAno ba! Tyle to i ja wiem:-)))
UsuńCo z Heleną dalej się działo to wiemy.....a Dancia? i tak na marginesie : z moim Marianem kilka razy "wespół wzespół" nam się zdarzyło i było cudnie mimo "tupotu "eh...
OdpowiedzUsuńValiccorio, każdy ma taką Helenę, czy takiego Mariana na jakich zasłużył.
UsuńCo do Danci nie znam szczegółów, ale podpytam Helę. Na pewno parę ciekawych historyjek poznam.
Idę dziś na "nocne polaków..." w gronie najbliższych przyjaciół. Oj, czuję że jutro zatupią... Po śniegu :)
OdpowiedzUsuńNa Twoim miejscu odłączyłbym wszystkie głośniki w domu. Rano będzie jak znalazł. Aha... i kota też wydaj sąsiadom, by zbytnio nie tupał o świcie.
Usuń-coż ci tu napisać nie znam takiego uczucia jak "tupot mew";-)))
OdpowiedzUsuńZawsze możesz się zdać na relację "doświadczonych" tym syndromem i nieco sobie wyobrazić. Nie jest to tym samym, ale zawsze coś.
UsuńBarku nie mam , za to winko własnej produkcji leżakuje <:)
OdpowiedzUsuńZ malin i jabłek wyśmienite , z wiśni nieco ciężkawe i cierpkie w smaku szybko znika z piwniczych półek . O dziwo.
Moje pierwsze wino (wypite) to zrobione przez babcię Mariannę. Z głogu robiła. Wężykiem podpijałem. raz tak skutecznie, że znaleziono mnie śpiącego przy balonie, w którym fermentowało:-)
Usuń