Nie wiem tak do końca, dlaczego Caddi umożliwił mi i Danci pisanie na swoim blogu. Jest prawdopodobne, że z lenistwa, albo z kunktatorstwa pod wpływem słusznej krytyki, że zbytnio wczuwa się w narrację Mariana. Ale zostawmy te szczegóły, ważne, że tu jestem i mam wpływ na to, co o mnie i Danci będzie czytane. W tym miejscu z góry przepraszam gospodarza bloga oraz czytelników za niektóre dosadne określenia, które pojawią się w tekście, ale nie mogłam ich pominąć, by przekaz nie stracił wyrazistości.
Helena (ta od Mariana)
Kilka lat temu zachciało mi się odwiedzić rodzinę na południu kraju. Region dość ubogi, ale uroczy i całkiem inny od tego, z którym stykałam się na co dzień. Ludzie tam religijni i prości, ale nie prymitywni, pracowici i poukładani. Wszystko u nich ma swój czas i miejsce... swoisty rytm. A co najważniejsze bardzo gościnni. Marianowi wypadły w tym czasie jakieś pilne zadania w pracy i nawet nie chcę myśleć, że podszepnął mu to Caddi, którego dobrze znacie. Nie chcąc jechać sama zabrałam ze sobą Dancię. Fajna kumpela i koleżanka. Żadna z niej gwiazda nadająca się na okładki, taka mała krępa niewywrotna z dużym biustem, za którą faceci zawsze się oglądali. Lubię jej towarzystwo, bo jest bezpośrednia i niepretensjonalna. Nie szuka problemów tam, gdzie ich nie ma i zawsze pierwsza do pomocy. Ma jedną cechę, którą mogłaby obdzielić połowę znajomych: szczerość i spontaniczność we wszystkim, co mówi i robi.
Spędziłyśmy u moich kuzynów około tygodnia. Najtrudniejszy był pierwszy dzień, gdy potraktowano nas jako miastowe paniusie, co to wyżej srają niż dupę mają i wynoszą się ponad prostych ludzi. Chwilę to zajęło, ale dzięki Danci przekonali się. że jesteśmy normalne
W pierwszym dniu na proszoną kolację z okazji naszej wizyty przyszło kilku kuzynów i kuzynek, by poznać nas i przypomnieć sobie mnie z czasów dzieciństwa, gdy częściej tam bywałam. Na początku bacznie się nam przyglądali. Patrzyli, jak jemy i czy wszystkie specjały chcemy spróbować. Ostateczny test postanowił przeprowadzić kuzyn Jurek, który postawił na stole bimberek własnej produkcji. Nie przepadam za tego typu wynalazkami, ale w takich sytuacjach piję jak wszyscy, by nikogo nie urazić. Obawiałam się nieco o Dancię, która generalnie nie pije. Gdy tylko nalali jej w kieliszek powiedziała wojowniczym tonem:
– Alkoholu nie cierpię, ale nie myślcie sobie, że nie dam rady.
Bimberek pachniał charakterystycznie, ale Dancia ku zaskoczeniu wszystkich palcami zacisnęła nos, a drugą ręką szybko przechyliła kieliszek. Potrząsnęła lekko głową, ale tylko przez moment pojawił się na jej twarzy grymas. Kuzynki i kuzyni, a i ja sama patrzyliśmy z uznaniem na jej wyczyn. Dancia nie dała nam czasu ochłonięcie z wrażenia. Nie czekając aż trunek rozejdzie się po kościach poprosiła o uzupełnienie kieliszka. Wypiła w podobny sposób, jak za pierwszym razem. Na ten widok aż mnie skręciło.
– No, no! – zakrzyknął kuzyn – Myślałem, że wy takie miastowe, a tu widzę normalne kobitki.
– Do tańca i do różańca – dodała z entuzjazmem żona kuzyna.
Dancia zerknęła to na mnie, to na nich i wypaliła z błyskiem w oczach:
– A co wy sobie myśleliście?!! Że my to co? Bułkę przez bibułkę, a ch... gołą ręką?
Helena (ta od Mariana)
Kilka lat temu zachciało mi się odwiedzić rodzinę na południu kraju. Region dość ubogi, ale uroczy i całkiem inny od tego, z którym stykałam się na co dzień. Ludzie tam religijni i prości, ale nie prymitywni, pracowici i poukładani. Wszystko u nich ma swój czas i miejsce... swoisty rytm. A co najważniejsze bardzo gościnni. Marianowi wypadły w tym czasie jakieś pilne zadania w pracy i nawet nie chcę myśleć, że podszepnął mu to Caddi, którego dobrze znacie. Nie chcąc jechać sama zabrałam ze sobą Dancię. Fajna kumpela i koleżanka. Żadna z niej gwiazda nadająca się na okładki, taka mała krępa niewywrotna z dużym biustem, za którą faceci zawsze się oglądali. Lubię jej towarzystwo, bo jest bezpośrednia i niepretensjonalna. Nie szuka problemów tam, gdzie ich nie ma i zawsze pierwsza do pomocy. Ma jedną cechę, którą mogłaby obdzielić połowę znajomych: szczerość i spontaniczność we wszystkim, co mówi i robi.
Spędziłyśmy u moich kuzynów około tygodnia. Najtrudniejszy był pierwszy dzień, gdy potraktowano nas jako miastowe paniusie, co to wyżej srają niż dupę mają i wynoszą się ponad prostych ludzi. Chwilę to zajęło, ale dzięki Danci przekonali się. że jesteśmy normalne
W pierwszym dniu na proszoną kolację z okazji naszej wizyty przyszło kilku kuzynów i kuzynek, by poznać nas i przypomnieć sobie mnie z czasów dzieciństwa, gdy częściej tam bywałam. Na początku bacznie się nam przyglądali. Patrzyli, jak jemy i czy wszystkie specjały chcemy spróbować. Ostateczny test postanowił przeprowadzić kuzyn Jurek, który postawił na stole bimberek własnej produkcji. Nie przepadam za tego typu wynalazkami, ale w takich sytuacjach piję jak wszyscy, by nikogo nie urazić. Obawiałam się nieco o Dancię, która generalnie nie pije. Gdy tylko nalali jej w kieliszek powiedziała wojowniczym tonem:
– Alkoholu nie cierpię, ale nie myślcie sobie, że nie dam rady.
Bimberek pachniał charakterystycznie, ale Dancia ku zaskoczeniu wszystkich palcami zacisnęła nos, a drugą ręką szybko przechyliła kieliszek. Potrząsnęła lekko głową, ale tylko przez moment pojawił się na jej twarzy grymas. Kuzynki i kuzyni, a i ja sama patrzyliśmy z uznaniem na jej wyczyn. Dancia nie dała nam czasu ochłonięcie z wrażenia. Nie czekając aż trunek rozejdzie się po kościach poprosiła o uzupełnienie kieliszka. Wypiła w podobny sposób, jak za pierwszym razem. Na ten widok aż mnie skręciło.
– No, no! – zakrzyknął kuzyn – Myślałem, że wy takie miastowe, a tu widzę normalne kobitki.
– Do tańca i do różańca – dodała z entuzjazmem żona kuzyna.
Dancia zerknęła to na mnie, to na nich i wypaliła z błyskiem w oczach:
– A co wy sobie myśleliście?!! Że my to co? Bułkę przez bibułkę, a ch... gołą ręką?
I na pewno zostałyście zaakceptowane i przyjęte do grona "równych babek". A swoją drogą, każdy z nas kiedyś spróbował "krzakówki". Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńNa Dancię podziałało z marszu, tak jak podziałać miało... "Księżycówka". ;)
OdpowiedzUsuńNazywają to także: "Koniak Nocą Pędzony". Posmak i kopanie podobne:-)
UsuńMała poprawka. KPN czyli Koniak Pędzony Nocą. Starsi, hm, pamiętają dlaczego. To były czasy (o których przypomina jutrzejsza rocznica) i wtedy takie zabawy w grę słów nas bawiły. Podobnie jak rozszyfrowanie innych ówczesnych skrótów...
UsuńOczywiście, Wugusiu. To od tego koniaku już mi się przestawiają słowa:-)
UsuńU mnie jeszcze przed końcem świata będzie bimbrowa fotorelacja :)
UsuńA pionowy separator fuzli też będzie? ;)
Usuń/o deflegmatorze/
Kawał_mnie, o jakich to szczegółach technicznych prawisz?:-)
UsuńTe fuzle to z mężowskiego słownika - wyższe tajniki "wiedzy" posiada ;). Deflegmator już naukowo bardziej. Takie tam doświadczenia domowe :)))
UsuńZbyt trudne dla mnie te określenia, ale domyślam się, że to co nazywają jest konieczne do produkcji tego specyfiku:)
UsuńDlatego nie przepadam za wyjazdami do rodziny, czy jakimiś większymi familijnymi spędami. U kobiet abstynencja bywa tolerowana, ale niepijący facet jest podejrzany.
OdpowiedzUsuńRozumiem Twoje obawy, Hebiusie. Sam, gdy znajduję się w takiej przymusowej sytuacji mówię: Religia mi zabrania. Po czymś takim wszelkie propozycje, jak ręką odjął.
Usuńto była prawdziwa integracja "miastowych" i "wiejskich",czy jakoś tak:P)a Dancia zostaje bohaterką dnia i...wieczora,uratowała honor "miastowych",haha
OdpowiedzUsuńjak to dobrze,ze miałaś Helu ją ze sobą...:P
-ja nie wiem czy wypiłabym,na pewno nie-nawet niech mnie ktoś nazwie pańcia;-)
OdpowiedzUsuńKrystiano, ale Dancia to nie pańcia i dlatego mogła taki przedsięw zrobić.
UsuńHaha, Dancia ma u mnie medal :) bardzo lubię i często powtarzam pod nosem o pańciach, bułkę przez bibułkę... itd
OdpowiedzUsuńHelciu, uwielbiam Cię... bywaj częściej :)
Cieszę się, że wpis Heli przypadł do gustu. Nic tak nie urozmaica bloga, jak gościnne występy. A jeśli jest tym gościem bohaterka moich wpisów to tym bardziej cieszy jej obecność:-)
OdpowiedzUsuńHa, ha! Fajny klimacik, rodem z tych u cioci na imieninach
OdpowiedzUsuńBo taki był i bywa, gdy spotykają się dwa różne światy. Ludzie się wtedy poznają i szukają podobieństw.
UsuńMiałem taką ciocię. Miastowa pełną gębą. Imieniny u niej zawsze były koszmarne. Całość imprezy dzieliła się na dwie części, ale ale może to właśnie szerzej opisać....?
UsuńWugusiu, koniecznie:-)
Usuń" U cioci na imieninach" ( jest taka piosenka ;))
OdpowiedzUsuńWg jest niemożliwy :)))
Caddi, teraz już serdeczności nie tylko dla Heli, ale i dla Danci!
:)
Tuszę, że Wuguś popełni coś na Sza-piskach, a Hela będzie uznana za inspiratorkę wpisu:-)
UsuńPS. Pozdrowienia oczywiście przekazuję dalej naszym bohaterkom.
Przekaż Heli moje ukłony i podziękowania za inspirację.
OdpowiedzUsuńUprzejmie donoszę, że Wuguś - zainspirowany powyższym wpisem Heli - popełnił opowiastkę pt. U CIOCI NA IMIENINACH.
OdpowiedzUsuń...i dlatego pewnie Dancia nie lubi i nie pije. ;)
OdpowiedzUsuńDobre!
Cane, kobieta zmienną jest, to po pierwsze. Kobieta, gdy mówi NIE znaczy BYĆ MOŻE, to po drugie:-)
Usuń:)Bułkę przez bibułkę ........ niezapominany smak "koniaku" już czuję sympatię do Was wszystkich.
OdpowiedzUsuńWażny jest producent tegoż "koniaku:. Kto ma do niego dostęp to ma także źródełko.
Usuńa ja zapytam odnośnie tego trunku, a Dancia wie" jaka jest zawartość cukru w cukrze"? :)), bo jak nie to znajomy Marysi wie:))
OdpowiedzUsuń"Nie lubię poniedziałku":-)))
UsuńDancia nie rozważała zapewne tej kwestii, zależało jej bardziej na uznaniu miejscowych. I jak widać z opisu... udało się:-)
"Poszukiwany, poszukiwana" raczej.
UsuńRaczej... Tak:)
UsuńPamiętam swego czasu moja sąsiadka robiła polską sake. Butla szklana z zacierem i z rękawicą gumową na szyjce stała na dolnej rurze od kaloryferów. "Wchodziło" w nogi i język, aż miło ;)
OdpowiedzUsuńMoże warto upowszechnić przepis? Takie wynalazki są ciekawe i dają niezłego kopa.
UsuńNie pamiętam przepisu, chociaż sąsiadka kilka razy mi mówiła, ale wtedy, kiedy ten wynalazek próbowałyśmy ;) Jeśli ją spotkam, to zapytam o szczegóły. Może ona będzie jeszcze pamiętać przepis. Strasznie mnie śmieszyła ta nadmuchana fermentacją rękawica gumowa na butli :)) (Filemonka)
UsuńMówiła, ale co z tego, jak później raczyła trunkiem, a wtedy przepis wraz z procentami ulatniał się. Czekam zatem na szczegóły, bo miło byłoby posmakować taki wynalazek:)
UsuńA ja robiłem dawniej wino z ryżu. Specyficzny smak, zależny od dodatków (głównie wędzona śliwka,) ale szło się przyzwyczaić. Trudne do klarowania, kto by jednak na takie detale zwracał uwagę ;)
OdpowiedzUsuńA kto by klarował wino i czekał aż całkiem dojrzeje. Takie w stylu tuż przed jest najlepsze.
Usuńwódka to twój wróg, więc ją w mordę lej... zgrabnie sobie poradziła, hehe, to jej przyznać trzeba ;-)
OdpowiedzUsuńSprytna kobitka i jak napisała Hela to Dancia nie dość, że mała krępa niewywrotna to jeszcze spryciula.
UsuńHmm...
OdpowiedzUsuńzapowiada się bardzo ciekawie. ;-)
Z tego, co wiem to nie wszystkie ciekawostki z tej wizyty zostały opisane. Hela powiedziała mi, że za jak znajdzie czas to opisze jeszcze jeden krótki epizodzik.
Usuń))) la donna e mobile ;)))
OdpowiedzUsuńzazdroszczę takich szerokich umiejętności adaptacyjnych , sama mam z tym trudności :)( Justyna)
I właśnie dlatego kobiety żyją dłużej, Justyno:)
Usuń))) Krzysiu dłużej bo genetycznie to Wy jesteście "słaba" płeć .Zawsze tłumaczę ,że macie malutki , słabiutki Y w genotypie i trzeba o Mężczyzn dbać , bo nam wyginiecie :)) a jak wiadomo kobieta bez mężczyzny nie może istnieć ;)Więc jako posiadaczki dwóch silnych XX , powinnyśmy nad Wami roztoczyć parasol ochrony i dopieścić tak by mizerny Y jak najdłużej Wam służył .Dodam ,że tylko genetyka tu jest zero innych podtekstów:)))( Justyna)
OdpowiedzUsuńJustyno, ależ wiem. My faceci lubimy matki zastępować kobietami o podobnych cechach. Wybieramy te, które dają nam poczucie bezpieczeństwa. Nasze bycie macho to nic innego jak stroszenie piórek. Ot i co:-)
UsuńPreferuje...nalewki!
OdpowiedzUsuńZapraszam do odebrania nominacji na Blog 2012.
Serdecznosci
Judith
Nalewki są dobre, ale zdradliwe w większych ilościach.
UsuńJudith, dziękuję za nagrodę.
Lubię jak coś jest powiedziane krótko i zwięźle.
OdpowiedzUsuńA co do bimbru -mam nadzieję,że trzeciego kieliszka już nie było :)
W sprawie trzeciego nie mogę się wypowiedzieć. Jest wiadomo tylko to, co napisała Hela. Co było dalej można tylko domniemywać:-)
UsuńDziękuję za nominację i uprzejmie donoszę, że masz ode mnie gewiazdkę zwrotną :) Marian jest de best: http://ewiater.wordpress.com/2012/12/14/z-niejaka-duma-pragne-doniesc/
OdpowiedzUsuńDziękuję i spieszę po odbiór:-)
UsuńCyber Marian:)
OdpowiedzUsuńhttp://www.filmiki.jeja.pl/15412,cyber-marian-torebka-zeszlych-swiat.html
Ciut długa historia, ale taka jest historia torebki..:)))
:-)))
UsuńPodobno dobry bimber nie jest zły, ale i tak najwazniejsze jest... zaufanie;)
OdpowiedzUsuń:)Receptura to Pikuś destylacja to jest cała tajemnica.
OdpowiedzUsuń1410 sławna data ułatwi zapamiętanie receptury.
- 1kg cukru może być fruktoza (LEPSZA)
- 4l wody
-10 dkg drożdży
To jest podstawowy przepis dający ogromne,radosne, możliwości twórcze.
Muszę wypróbować. Koniecznie. Może pojawi się jakaś Dancia chcąca się wykazać.
Usuń