Jedyne, co może zrobić karp, umieszczony w dużej plastikowej wannie z wodą, to czekać na nieuniknione. Nie wrzeszczy, jak opętany, bo nie ma głosu. Po wyciągnięciu z wody wyrywa się z siatki, trzepocze płetwami, jakby chciał odfrunąć, ślizga się po posadzce, haustami wsysa powietrze zamiast wody i... woła niemym krzykiem. Nikt jednak nie słyszy jego cierpienia, gdy strach i ból rozrywają mu skrzela.
Pan C. postanowił: już nigdy nie zje karpia.
*skojarzenie tytułu zamierzone
POST SCRIPTUM

No właśnie dlaczego one są sprzedawane żywe?
OdpowiedzUsuńCzy nie można byłoby tak jak z innymi rybami postępować??
Też nie mogę patrzeć na to jak się duszą w tych małych sklepowych zbiornikach.
Zawsze było mi ich szkoda...
OdpowiedzUsuńkarpie,ich sprzedaż jest koszmarna...w ciasnych wannach na tyłach sklepu,na mrozie na placach,w imie tradycji...Słowo tradycja od dawna niestety kojarzy mi sie w wielu wypadkach źle...Polak MUSI zjeść karpia,bo...tradycja,dla tej tradycji...nie patrzy się na to ,w jakich warunkach jest trzymany ten...tradycyjny karp.tradycja,tradycja...itp,itd...a wrażliwość SCHOWAŁA SIĘ gdzieś...
OdpowiedzUsuńdobrze napisałeś Caddi...
Ja już od dawna karpi nie jadam. Ale to tylko dlatego, że nie smakują mi. Na ich cierpienie jestem średnio wrażliwy. To już bym bardziej się przejmował losem krów, czy innej nierogacizny wożonej do rzeźni i narażanej w trakcie transportu na niepotrzebny stres. Byłoby humanitarniej, gdyby to rzeźnik jeździł do zwierzęcia.
OdpowiedzUsuńOstatni raz karpia jadłem chyba w dzieciństwie, przy wiadomej okazji. Ryba powinna być złowiona, raz ciach sprawiona, filetowana i zamrożona. Po co cały ten horror. Już nie takie tradycje udawało się powoli zmieniać. Kiedyś też wydawało się wszystkim, że choinka musi być wyłącznie żywa i z lasu. Dziś przeważają sztuczne (i dużo piękniejsze od prawdziwych), a żywe drzewka w sprzedaży najczęściej już też nie są z lasu a specjalnych szkółek.
OdpowiedzUsuńNie jadam karpi.Po pierwsze, mają za dużo ości, a po drugie, nie umiałabym zamordować ryby.
OdpowiedzUsuńświęta to dla karpi raczej anty-święta, ale wiadomo: nie śpi ktoś, by spać mógł ktoś... to są zwyczajne dzieje. Ja karpie lubię, podobnie jak i wiele innych ryb.
OdpowiedzUsuńTę parafrazę wyczytałam na którymś z blogów, ale idealnie tu pasuje, więc pozwolę sobie zacytować: Bóg się rodzi, karp truchleje...
OdpowiedzUsuńKiedyś oglądałem film dokumentalny o kuchni azjatyckiej. W jednej ze scen przygotowywano karpia. Sposób był iście szokujący. Żywej rybie ponacinano boki na głębokość około 1 cm i co 1 cm, następnie kucharz chwycił karpia za głowę i zanurzył go w gorącym oleju na kilkanaście sekund. Cała sztuka polegała na tym, by karp był upieczony, a zarazem żywy. Tak przygotowaną rybę (wciąż oddychającą), podano na stół. Film ten widziałem jakieś 20 lat temu, a wciąż mam przed oczyma ten tragiczny widok karpia.. poruszające się skrzela, rozpaczliwe próby złapania oddechu, a chińska rodzina pałeczkami stopniowo odrywa upieczone mięso z jego boków.
OdpowiedzUsuńI to wystarczy, by odechciało się jeść tak samo, jak mózg żywej małpki z odciętym czubkiem czaszki, czy woły zabijane rytualnie przez muzułmanów i żydów.
OdpowiedzUsuńTo rodzaj perwersji, której nie jestem w stanie strawić.
Ale to prawda: radość świąt skalana jest bezsensownym cierpieniem karpi.
OdpowiedzUsuńWszystko można Darku, ale po cóż zadawać dodatkowe cierpienia przed śmiercią?
OdpowiedzUsuńDlaczego *skojarzenie tytułu zamierzone ?
OdpowiedzUsuńKarp cierpi żeby zaspokoić wymagania tradycji.
Ważniejsza tradycja od życia. Szkoda.
Tradycja o marnych podstawach, o czym wspomniałem w odpowiedzi na komentarz Wichrowym Górkom. Trudno uznać cierpienie, zbędne cierpienie za składową tradycji. To barbarzyństwo.
OdpowiedzUsuńOdpowiedzi na pytanie nie zauważyłam.
OdpowiedzUsuńTradycja ma swoje prawo istnienia, a wszystko, co kryje się za tym słowem ma prawo bytu. Nikt nie zastanawia się nad cierpieniem innych, gdy sam świętuje z Bożym błogosławieństwem zjadania wszystkiego, co smakuje.
Pamiętasz film o aborcji pt. Niemy krzyk? To jest to skojarzenie.
OdpowiedzUsuńcierpieniom mówię niet. Karpie kupuję poza świątecznym szczytem, najczęściej bezpośrednio z wody. W sensie: nie z wanny. Nie lubię jak zwierzęta cierpią, zbyt mocno je kocham... nawet cierpienie owadów mnie nie kręcą.
OdpowiedzUsuńJa tego rodzaju dylematów moralnych nie mam, ponieważ od zawsze karpia nie jadam. Nigdy nie lubiłam ryb rzecznych, ot i wsio:) Moja latorośle również nie, natomiast reszta rodziny przepada,ale chyba nikt nie trzyma w wannach ani ciasnych miskach. Zabijane są tuż po odłowieniu z hodowlanych stawów naszych znajomych.
OdpowiedzUsuńI tak być powinno. Po odłowieniu karp powinien od raz być zabity, by nie cierpiał transportu, czy noszenia w reklamówce.
OdpowiedzUsuńPamiętasz moją zeszłoroczną akcję pt: " W ramach chrześcijańskiej tradycji - nie czyń drugiemu..- zabijmy karpia !. Przyrzekam, że nikt nie usłyszy jego cierpienia"
OdpowiedzUsuńWymowny tytuł akcji... ciarki przenikają.
OdpowiedzUsuńNo, jakoś nie mogę zrozumieć idei, że my chrześcijanie w czasie kiedy utrzymujemy tardycję narodzin najwyższego, zabiamy dla rozkoszy smakowych "niemowę". Zakatrupmy sąsiada! Umarł król, niech żyje król.! ;)
OdpowiedzUsuńNie przejmuj się Caddi, to tylko ten guzik z logiką mi się włączył...przewrotną tym razem.
Ale mówiłeś, że nie chcesz konfrontacji, to milczę.
Znudziło mi się już naprawianie świata. :)
We mnie jest nadzieją, że jeszcze można.
OdpowiedzUsuńPróbować zawsze można, choć straciłam siły.
OdpowiedzUsuńW ramach powiedzenia"chcesz coś zmienić, zacznij od siebie" zajęłam się sztuką.
Każda forma aktywności... także sztuka, uspokaja sumienie. Nie przeceniam jednak roli sumienia.
OdpowiedzUsuń